UMbra o...

Wpisy

  • wtorek, 07 czerwca 2011
    • I czarny kot niestraszny

      Kirsten McNemany, jedna z najstarszych modelek, doskonale wpisuje się w mroczny klimat kampanii Lanvin z roku 2009.

      Żałuję, naprawdę żałuję, że dopiero teraz trafiłem na te zdjęcia, bo moja fascynacja Tanatosem w fotografii mija bezpowrotnie... choć takie kadry powinny podsycać moją osobliwą fascynację. 

      I żeby nei było, że nie ma Kristen możnego protektora, to napiszę, że zdjęcia zrobił Jej Steven Meisel - ten sam, który dla szerszej publiczności przywrócił jJ w kolejnych numerach włoskiego Vogue'a. Ona i Steven to duet doskonały, potrafia sprzedać kreacje Elbaza, jak i katasfrofę ekologiczna w Zatoce Meksykańskiej. Potrafia zwrócić uwagę na wszystko, czego zapragną. To dar!

      I tylko zadaję sobie pytania, czy pierwsze skrzypce gra fotograf, modelka czy może koty? To one, o zgrozo, tworzą i podtrzymują hitchcockowski klimat. Sa jak włochata forma ptaków;) a Kristen jest wspólczesną wersją Tippi Hedren.

      To klasyka do kwadratu, to klasyka do pokochania. Ta sesja mną owładnęła i pewnie jeszcze długo nie pozwoli o sobie zapomnieć!

      Te zdjęcia podtrzymują we mnie zdanie, że będąc dobrze ubranym, można zostać po śmierci pożartym przez koty! Bo nawet jak znajdą nas z nadjedzonym oczodołem, bez ucha, to i tak będa patrzec tylko na ałtfit;) I tego się trzymajmy, my, kociarze!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      gutter_glitter2
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 czerwca 2011 13:17
  • niedziela, 05 czerwca 2011
    • Seks po polsku, czyli Baczyńska górą

      Nie myślałem, że kiedys taki moment w moim zyciu nadejdzie, ale... przegladając Fashionising, zobaczyłem cos, co przykuło moja uwagę. Coś, co było zatytułowane Gosia Baczynska S/S'11 campaign. To coś było polskie. I za tym czymś stali Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek. Tym czymś była naprawdę dobra, jesli nie świetna, kampania Gosi Baczyńśkiej. I nie będzie tu peanów na cześć projektantki, choć być powinny, bo wzniosła sie ponad polską szarą rzeczywistość i pozwoliła najlepszemu fototandemowi w tym kraju na zdjęcia bez żadnych typowo poslkich udziwnień i "szeleństw". Nie będzie też o samych ubraniach, to te uważam za niczym niewyróżniające się (niczym do momentu, gdy sie ich dotknie). Nie będe też o samej Baczyńskiej pisał, bo pałam do niej czysto ludzką niechęcią, ale ta jest całkowicie oderwana od jej twórczosci, bo Baczyńska świetna krawcową (nawet projektantką) potrafi być.

      Będzie o Zuzie Bijoch i Pacie pietrzyku. O tym, że to oni przyciągają. To oni hipnotyzuja i każą nacisknąć magiczne "enter" przy ich podobiznach.

      "Bo we mnie jest seks..." śpiewała Kalina Jędrusik. I te słowa powinny od dzisiaj być maksymą Zuzy, nadziei polskiego modelingu (duże słowa, ale dość trafne, bo zaręczam, że jeszcze nie raz o Niej usłyszymy). Zuza nie wdzięczy sie do obiektywu, ona przed nim odgrywa rolę, i to role bardzo sugestywną. Raz jest dominą, raz dziewczynka jeszcze nieświadomma swojej seksulaności, raz diwą, raz maskotką. Ale JEST! I to Ja wyróznia na tle watahy modelek, które smętnie snują się przed obiektywami polskich fotografików.

      Nie ma tu nic na siłe, nie ma epatowania nogością (co typowe jest dla naszych edytoriali), nei ma wylgarnych póz, nie ma tandety (która czasami jest zbawienna i ratuje całe sesje). Tu jest za to prostota towarzysząca seksowi. Prostota, która jeszcze mocniej pozwala modelom zaakcentowac swoja obecność i to tego sprzedać ubrania Baczyńskiej.

      Niepokojące wydaje się tylko zbliżenie do twórczości Maldorora, chęć zanektowania przestrzeni po "ciemniejszej stronie mocy". Ale to zarzut malutki, potwierdzający moją opinię o Matlągu, który "wielkim projektantem będzie...".

      I słowa uznania dla Pata, który (tu komplement) jest na fotografiach niepolski! Wyzbył się tego przeklętego romantycznego, charakterystycznego dla wiekszości polskich modeli wzroku, nie bije od niego melancholia, a sensualność. Mimo że miał nie grać na równi z Zuzą, to przejmuje z Niej część uwagi widza, kradnie niektóre kadry.

      Ta sesja wniosła świeżość, wniosła wiosnę i luz w polski światek mody! Tymi zdjęciami Baczyńśka ugra więcej niż tylko dobrą sprzedaż, ona ugra nimi zainteresowanie świata. A to bezcenne!

      Na koneic zaś zuzowy bonus:

      P.S. Po długiej nieobecności wracam, jeśli to kogoś ruszy:)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      gutter_glitter2
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 czerwca 2011 16:40
  • środa, 01 czerwca 2011
    • Co jest w normie, czyli Polki (nie)zadbane

      Pewnie narażę się moją opinią kilku osobom, ale trudno...

      Do napisania tej notki skłonił mnie artykuł, w którym przedstawione zostały modelki saute - teoretycznie przez makijażu, stylizacji, fryzur i tego lekkiego pociągnięcia myszką w PS, które towarzyszy nawet zdjeciom z Komunii czy pijackiego, polskiego ślubu. No ok, skoro twierdzą, że modeliny na zdjęciach są takie naturalne, to ok. Dla mnei tym lepiej, bo wydaje sie, że top modelki, to dziewczyny normalne, z defektami, nierówna cerą i tym podobnymi.

      Mamy więc u kolejnych - leniwe oko (mój ulubiony defekt;)), piegi (no tak, to DEFEKT neisamowity), nierówna cerę, pryszcze (sic!) i wągry (sic! sic!). Sa połamane włosy, neiw iem, czy  szare, bo zdjęcia czarno-białe i tym podobne, niemodelkowe mankamenty...

      Ale nie o tym mam byc post - post ma byc o komenatrzu, którzy spowodował, że krew we mnei zawrzała. Otóż panna jakaś, wymeiniona oczywiście  zimienia i nazwiska, pod swoja prywatną, włsną i osobista tym bardziej twarzą, odpowiedziałą na postawioen an końcu artykułu pytanie: "Czy modelka bez "wszystkiego" na twarzy jest ładna?". No jest, bo modelki to zwykle ładne dziewczyny, prawdaż czy nie? To by była oczywista odpwoiedź. Ale dziewcze to (linków do Niej nei bedzei, bo proces by się szykował o naruszenei dóbr) stwierdziło, iż są "ładne, bo są chude!".

      Poszło o nomenklaturę - CHUDE! Nie szczupłe, czyli zdrowe, odkarmione, ale mniejsze niz statystyczna Polka w rozmiarze 36-38, ale CHUDE. Czyli rozmair ajdijal ziroł! Czyli rozmiar, od którego następuje powolny odwrót. CHUDE - tak, chude to ładne.

      To mnie zirytowało neisamowicie i nawet odpowiedziałem - że owszem SZCZUPŁE jest ładne,a le tylko w przypadku, gdy jest to SZCZUPŁE zadbane! Czyli z ładna, zdrową cerą, z czystymi zębami i paxznokciami, ze skóra nieprzypominającą papieru ściernego! I co? Odzew był taki, że "społeczeństwo" sie podzieliło - tak, chude jest piekne, a Ty jesteś grubym frustratem i tak, masz, chłopcze, rację... Od razu zaprzecze - gruby nie jestem, nei mam też jednak metra osiemdziesiąt i twrzy Kena - jestem ZWYKŁY!!!! Ale to nei o mnei byc powinno, tylko o CHUDYCH Polkach (i innych nacjach tez, więc bez obaw), które zakocahne w swym geometrycznym ciele, doszły do wniosku, że nei trzeba juz o siebie dbać! A to, neistety dla nIch, nieprawda. Bo ładne ciało, to nei ciało złozone tylko z ostrych kątów (choc i na nie amatorzy sie znajdą), ale ciało zadbane - czyste, miłę w dotyku, sprawiające choć wrażenie zdrowego. Czyli bez plam, suchości i ranek.

      I nie będzie tu tez peanów na cześć bombsheli czy tez zwykłych, typowych kobiet. Tu będzie tylko moje, cały czas, sakranie na to, że Polki nei dabają o siebei (w wiekszości przypadków, nie generalizujmy bowiem), gdy tylko ich rozmiar spadnei do 34!

      Dziewczyny - tak, jestesce chude i to plus, ale nei spowoduje to, że jesteście atrakcyjniejsze. Proszę, myjcie się i balsamujcie, bo Wasza wyśnioan kariera modelek skończy sie na polskiej edycji Tap Madl.

      P.S. I od razu uprzedzę - tak, znam modelki, tak, sa one zadbane. Tak, znam tez modelki neizadbane (większość), które najczęściej "spacerują" po wybiegach w centrach handlowych na peryferiach. I tak, wiem, że jestem stronniczy. a czemu? Bo chude jest ładne tylko, gdy jest zadbane. Zreszta tak samo jak szczupłe, zwykłe, czy grube!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      gutter_glitter2
      Czas publikacji:
      środa, 01 czerwca 2011 10:17
  • wtorek, 17 maja 2011
  • sobota, 07 maja 2011
    • Złota Nitka 2011 - jesteśmy brudni i źle...

      Takie pierwsze wrażenie przebija z pokazów Złotej Nitki 2011 - wszyscy (niemalże) młodzi projektanci chcą ze swojego krawiectwa uczynić sztukę. I to nie sztukę przez duże S, a zwykłą, użytkową... niestety... idzie im to dość opornie. A może tylko ja nie dostrzegam potencjału w tym, co było wczoraj w Hali EXPO prezentowane?

      Po pierwsze wiało nudą. Kolekcje, często niespójne, były mocno do siebie podobne. Tak jakby wszyscy młodzi umówili się, że nikt nie może się wychylać. Były więc nawiązania do sterego jeszcze Thierryego Muglera w kolekcji "Leather Bound" Moniki Błażusiak, wariacje na temat klasycznego camelowego płaszcza Max Mary u Pauliny Matuszelańskiej (skądinąd w części bardzo udane i od razu na ulicę), zabawy w Ricka Owensa czy Garetha Pugh Anyi Kamarek z Londynu czy też, o-mój-boże!, niemalże Flinstonowie w mariażu z Diane von Furstenberg w "Kamiennym Kwiatku" Natalii Poliy. Również sekcja Premiere Vision nie powaliła na kolana! A powinna była! i tylko chyba zwycięzki "Szałapot" Agnieszki Kowalskiej wywolal u mnei szybsze bicie serca. To była kolekcja spójna, wyważona, dojrzała. Widoczne były nawiązania do twórczości malarskiej Jerzego Dudy-Gracza czy nawet Breugla. Od razu powiązalem też projekty Kowalskiej z filmem Lecha Majewskiego "Młyn i krzyż" - projektantka doskonale sprawdziłaby się tworząc kostiumy czy to dla filmu czy teatru. Jej zwycięstwo jest jak najbardziej zasłużone - bo mimo kilku ciekawych projektów, na przykład z kolekcji "Oversize" Martyny Idzikowskiej czy "Orbital" Dominiki Piekutowskiej-Swed, reszta była dość akedemicka w swym szaleństwie.

      Bez kolorystycznego szaleństwa, z dominantą bieli, czerni i czerwieni - jakbyśmy mieli znaleźć się na szachownicy (kolekcja "Madame Damier" Kingi Dubiel to już przegięcie). Oprócz tego dużo było geometrii - nie tylko w krojeniu, ale i strukturze - Magdalena Abakanowicz czy Władysław Hasior mogliby być dumni;)

      Podsumowując - lekkie rozczarowanie, bo o ile Premiere to szaleństwo (w tym wypadku małe, ale zawsze), to Pret a Porter było mało "wyjściowe"... No może tylko dla fanów Diuny, Mad Maxa i innych posapokaliptycznych filmów - dla nich to kolekcje idealne! I choć moda to zabawa, to zadajmy sobie pytanie: "Czy młodzi potrafią dostosować się do reguł?" Moim zdaniem nie, ale to już zweryfikuje rynek! 

      I tylko ciekawi mnie, czy nagradzana na wielu konkursach Kowalska uniesie sukces. Jeśli tak - wieszczę nową gwiazde polskiej sceny mody.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      gutter_glitter2
      Czas publikacji:
      sobota, 07 maja 2011 09:05
  • czwartek, 21 kwietnia 2011
  • wtorek, 19 kwietnia 2011
    • Dada? Nie, Elsa...

      Poprzednia notka była o pierwszym wilekim kreatorze mody Paulu Poirecie, ta zaś stanowic będzie o życiu i twórczosci kobiety, która zaczęła swoja przygodę z modą właśnie dzięki niemu.

      Ale na początek trochę faktów biograficznych. Elsa Schiaparelii to włoska contessa, urodzona w roku 1890. Arystokratyczne pochodzenie bezsprzecznie pomogło dziewczynie w karierze. Podróżowała po Europie, w wieku lat 15 wydała swój tomke poezji, w wieku lat 22 wyjechała do Londynu, a potem do Nowgo Jorku. To tam zetknęła sie z modą i sztuka, ale dopiero przeprowadzka do Paryża sprawiła, że obie te dziedziny stały sie tak znaczące dla niej.

      Otrzymawszy zaproszenei na pokaz Paula Poiret sama zaprojektowała swoje ubranie. Spotkało się ono z wilekim zainteresowaniem pewnej klientki francuskiego mistrza, która zamówiła... 40 sztuk zaprojektowanego przez Elsę swetra! I tak rozpoczęła sie jedna z najbardziej oszałamiających karier międzywojnia!

      Shiap, bo tak nazywana była przez przyjaciół, dzięki wstawienictwu swoich oddanych klientek zaczeła obracać sie w gronei hollywoodzkich sław okresu Złotej Ery Kina - Mea West, Glorii Swanson, Katherine Hepburn czy boskiej Grety (Garbo). To one rozsławiły awangardową projektantkę. One, wielbicielki wielkiej, oryginalnej mody, a... z drugiej strony kolekcja sportowa. W roku 1931 pokazała bowiem publicznie nowość - proste sukienki z lnu i bawełny czy wygodne (i mało zabudowane) kostiumy kąpielowe. "La pou Sport" to był hit sezonu! Zawodniczki grające na Królewskich kortach w Wimbledonie ubrane były w jej projekty. To był szok dal konserwatywnej widowni, tym większy, że ubrania te zaprojektowane byly przez kobietę.

      Od razu dyskonujac sukces, Shipa otworzyła butik na Placu Vendome w Paryżu - miejscu najbardziej reprezentacyjnym. Szybko stalo sie to miejsce, w którym NALEŻAŁO bywać - wśród gości znaleźli sie przede wszytskim wielcy admiratorzy działalności Elsy - awangardowi artyści spod znaku Dady (Francis Picabia, Salvador Dali, Leonor Fini, Jean Cocteau czy Alberto Giacometti). Pod wpływem sztuki zaczęła tworzyc coraz bardziej wysublinmowane, niestandardowe projekty. Jej projekty to były nie tylko ubrania - to dzieła sztuki.

      I tak mamy sukienkę szkielletową (z wystającymi drutami uformowanymi an kształt żeber), słynny kapelusz but (stworzony wspólnie z Galą Dali), Lobster Dress (tak, to nei GaGa była pierwszym homarem w świecie mody), czy też sukienkę Tears Dress (z kapturem). Wszystkei nte proejkety przetrwały bez szwanku ponad 70 lat od chwili ich stworzenia. W ogóle wszystkei projekty Włoszki można byłoby dzisija włączyć do kolekscji któregokolwiek z domów mody, a zaskakiwałyby szykiem i ponadczasowością.

      Poza typowym krawiectwem Schiparelli zajęła sie kreacją zapachów, poczynając od Salut z roku 1934, przez najsłynniejsze Shokking z roku 1937, aż po powojenne Zut!

      Olubionym kolorem Elsy był RÓŻ. Tak, kolor uważany za tandetny, tani i odpychający, był ulubionym przez wielka damę krawiectwa. I to nei jakiś tam rózyk majtkowy, tylko prawdziwy pink flamingo, shokking pink! Kolor ten pokochały gwiazdy Hollywood i europejska śmietanka towarzyska.

      O zmyśle marketingowym Shiap należy wspomnieć w kontekście współpracy z artystami - wystawy jej butików, od współpracy z Salvadorem Dalim, były co 2 tygodnie projektowane i aranzowane przez innego artystę. Była to transakcja wymienna - Elsa pomagała promować sie artystom, oni zaś zapewniali jej niesłabnące zainteresowanie wśrod bogatej, a co za tym idzie, szybko nudzącej się, klienteli. A ta lubiła szok - to oni kupowali torebki w kształcie zabytków Paryża, buty jak z baroku czy awangardowe kapelusze (jakich nie powstydziłby sie Philip Tracy).

      Wpływ Giacomettiego czy Dalego był bezsprzeczny - nie tylko byli jej przyjaciółmi i krytykami, ale i sami pomagali w projektowaniu. Tworzyli wzory tkanin dla Elsy, Giacometti zaprojektował ceramiczne guziki do dziennych kostiumów. Pablo Picasso, też wielki admitator talentu Shiap, zaproponował jej gazetowe printy, na które szybko przystała. Okazały sie one hitem.

      Elsa wiedziała, że utrzymanie klienteli zależy od cięgłego rozbudzania zainteresowania. W tym była mistrzynią!

      Kochała innowacje - to ona pierwsza,  wroku 1936, wprowadziła do haute coutture zamek błyskawiczny. To ona wprowadziła kolor na salony i wyzwoliła kobiety z obowązku noszenia torebek w ręku, projektując torby na łańcuszku i z długim regulowanym paskiem do noszenia na ramieniu.

      Szok to były fosforyzujące klipsy. Miały one byc ozdobą kobiet chodzących do nocnych klubów. W roku 1939 Elsa skierowała też ofertę do mężczyzn - stworzyła i wypromowała zapach Snuff.

      Z marketingowego punktu widzenia szczególnei ciekawe wydawały sie tez nazwy poszczególnych kolekcji artystki. I tak mamy między innymi: Stop, Look and Listen, Music, Circus, Butterflies czy Astrology. Nazwy nie były przypadkowe - to on ebyły inspiracją dla ubrań i dodatków. I tak na przykład w motylej kolekcji Shiap zaprezentowała kolorowy naszyjnik ze szklanych motyli.

      Podobnie jak w przypadku Paula Poiret i tę karierę boleśnie przerwał wybuch wojny światowej. W roku 1939 zamknęła filię w Londynie i niedługo potem paryską centralę. W roku 1940 wyjechała do USA, z których wróciła do Europy zaraz po zakończeniu działań wojennych, w roku 1945.

      Po wojnei udalo się jej wykreować lekką walizkę do podróży samoletem - ważącą zaledwe 2,7 kilograma, lecz nie powtórzyła sukcesu sprzed lat.

      W roku 1954 zamkneła dom mody i pozostawiła tylko butiki, w których sprzedawano perfumy. Ten początkowy dodatek do ubrań przynosił jej pokaźne dochody. Dzięki nim mogła poświęcić się literackiej pasji i zaszyć w domowej bibliotece.

      Elsa Schiaparelli, najważniejsza, obok Chanel, projektantka okresu międzywojennego, zmarła w roku 1973 w Paryżu.

      Do dzisiaj można znaleźć inspirację stylem Elsy u innych projektantów. Jedni chętnie przyznają sie do inspiracji, inni zaprzeczają, choć gołym okiem widać, kogo projekty wzięli pod lupę. Do projektantów, którzy czerpią z dorobku wilekiej Shiap należą Lulu Guinness, Viktor i Rolf czy tez Thierry Mugler.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      gutter_glitter2
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 kwietnia 2011 18:30
    • King of fashion, czyli od pucybuta do milionera i... z powrotem

      To była spektakularna kariera, zaś upadek... jeszcze chyba głośnieszy.

      A mowa tu o pierwszym z wielkich kreatorów, wyzwolicielu kobiecej sylwetki - Paulu Poirecie. Paul Pioret, niesłusznie zapomniany, przez wileu nazywany jest królem mody i moim zdaniem tytuł ten jest jak najbardziej zasłużony. Jeśli bowiem Harold Koda, kurator wystaw modowych w MET (Metropolitam Museum of Art w Nowym Jorku), szef działającego w ramach tej instutucji Instytutu Mody i wielki znawca historii ubioru, twierdzi, że Pioret jest królem, to jest on nim BEZSPRZECZNIE! Jeśli bowiem możemy mówić o modowym Olimpie, to Koda jest na nim Zeusem, który potrafi strącić projektanta  w niebyt lub wynieść go na wyżyny. To on jest szarą eminencja, która w nowojorskim modowym pokerze ma same asy i Jokera. To on stoi często za decyzjami Anny Wintour. I to on wydobył twórczość Paula Pioreta z niebytu, organizując w roku 2007, dzięki pomocy rodziny Pinault, właścicieli kocernu PPR, wystawę w MET. W opublikowanych z tej okazji albumie napisano, ze za pomoc odpowiedzialny jest dom mody Balenciaga, ale wiadomo, że tak naprawdeza wszystkim stał sprawujący w nim władzę Francois-Henri Pinault, wielki admirator twórczosci wybitnego ziomka.

      Ale dość o motywach otwarcia wystawy, Kodzie i Pinaultach. Czas na Artystę i jego historię.

      Paul Poiret na świat przyszedł w roku 1879, niedługo po upadku II Cesarstwa, w początkowych latach III Republiki, kiedy to marzenia mogly sie naprawdę urzeczywistnić. A że Paul marzył o byciu projektantem, szybko zaczął realizować swoje wizje. Pomóc mu w tym mogły rodzinne koneksje, tym bardziej, że młody Poiret wychował sie w rodzinie fabrykantów, którzy posiadali tkalnie. Ojciec Paula, widząc pasję syna, pomógł mu znaleźć prace w fabryce parasoli. Młodzieniec na początku był gońcem, lecz jego zdolności i samozaparcioe doprowadziły do tego, że sam zaczął projektować materiały. Stąd już mały krok do bycia krawcem, a potem projektantem. Projekty Paula były tak wyszukane, że szybko zainteresował sie nimi Jacques Doucet - jeden z najbardziej znanych i szanowanych paryskich krawców. To on zaproponował Paulowi terminowanie w swej pracowni. Mistrz krawiectwa zainspirował Poireta do dalszej nauki. Dzięki temu projekty młodego paryżanina stawał się wyrafinowane i dojrzałe. Ciężka praca opłaciła się i niedługo potem zaczął projektować dla klientów indywidualnych. Do stałych bywalców salonu Poireta należały gwiazdy paryskiej sceny czy też arystokracja. Krawiec czarował klientki awangardowymi fasonami i niebywale pieknymi tkaninami, z których szył suknie.

      W roku 1901, po 2 latach pracy w Douceta, Poiret odszedł do wiekszej firmy - Domu Mody Worth, który znany jest jako pierwsza pracownia haute couture. Terminiwanie u najwiekszych opłaciło sie Paulowi - już w roku 1904, czyli w wieku 25 lat był on właściecielem własnego atelier.

      Oprócz ubrań codziennych, choć i tak dość ekstrawaganckich, proejketował Poiret dla teatru. Jego stroje sceniczne były integralnymi elementami spektaklu, współgrały z aktorami i scenicznym daramatyzmem. Moim zdaniem próba tworzenia dla teatru czy opery należy do najtrudniejszych w sztuce krawiectwa, a Poiert i z tego pzedsięwzięcia wyszedł z tarczą.

      Po pierwszym atelier, do którego ściągnął za sobą tłumy dawnmych klientek od Wortha, założył jeszcze sieć pracowni. Zmiany w modzie, które nie byly szeroko akceptowane przez środowisko konserwatystów, spowodowały, że młody mistrz stawał sie coraz popularniejszy. Jego inspiracje Orientem, sztuką, literaturą czy też kobiecą sylwetką, tak wtedy nowatorskie, zjednały mu rzeszę wielbicieli. Coraz wieksza liczba zamówień sprawiła, iż Poiret rozwinął swoje małe imperium o nowe królestwa - perfum i akcesiorów domowych. To nowatorskie przedsięwzięcia okazało sie sukcesem, a Poiret zaczął być porównywany do mitycznego Midasa - wszystko, czego dotknął, zamieniało się w złoto!

      Fascynacja baletem mistrza Diagilewa, jego interpretacją Święta Wiosny i rosyjką egzotyka sceniczną, sprawiły, że Poiret rozebrał kobiety z gorsetów (wcześniej niż posądzana o to Coco Chanel) i ubrał je w spodnie. Poza haremowymi spodniami, zaczął też lansować styl rodem z chylącego sie ku upadkowi Imperium Osmańskiego - nakrycia glowy w formie turbanu, egrety czy też zdobione klejnotami czy ręcznymi malunkami suknie. Piekno propozycji Paula spotkalo sie z żywiołowym przyjęciem! Nowość i świeżość niezwykle szybko wyszły poza pierwotne założenia twórcy - stały sie inspiracją dla sztuki Art Noveau czy też futuryzmu. Niketórzy twierdzą nawet, że i awangardowe dzieła Pabla Picasso z początków działalności naznaczone sa wpływem mistrza z Francji.

      Nie tylko Europa, ale i Ameryka zakochały sie w Poirecie i jego idei kobiecości. Adamaszki i aksamity, ciężkie drapowania stały sie synonimem dusznego luksusu. Ciężar i bogactwo były widoczne na pierwszy rzut oka, a budowanie przez Poireta przestrzeni za pomocą tkaniny wyniosło go na wyżyny.

      Mistrz autopromocji, pasjonat sztuki, miłosnik luksusu i wykwintu zawojował cały świat w niesłychanie krótkim czasie. Potrzebował tylko 10 lat, by stać sie najwiekszym, najbardziej znanym projektantem na świecie. Klientela waliła do niego drzwiami i oknami. Poiret wprowadził indywidualne konsultacje modowe dla klientów, urządzał liczne wystawy czy to płócien swoich podopiecznych, czy sukni, które sam proejktował

      Pioretowski lifestyle stał się faktem!

      Jednak upadek z Parnasu musiał być spektakularny. Wybuch I wojny światowej zmusił Poireta do zamknięcia swojej pracowni. Europa wyniszczona zbrojnym konfliktem, o wiele biedniejsza i pogrążona w żałobie nie potrafiła na nowo pokochac projektów Francuza. Rok 1919 to czas ponownego otwarcia firmy. Rok, w którym moda miala isę zmienić, a Poiret, tak kochający przepych, nie chciał się na to zgodził. Racjonowanie w używaniu reglamentowanego materiału, proste kroje czy funkcjonalność nie spodobały sie Poiretowi, który dalej chciał tworzyć dzieła szczególne. Brak klientów, ktorych stać byłoby na kreacje mistrza doprowadził do licytacji majątku rodziny Poiret jak i samej pracowni w roku 1929.

      Paul Poiret stracił wszystko - markę, którą stworzył, kolekcję dzieł sztuki, nawet dom. W roku 1932 próbował reaktywować marke, lecz bez powodzenia. W roku 1944, 15 lat po upadku, umarł w biedzie.

      Kariera Paula Poiret była chyba najbardziej spektakularną w świecie mody - to dzięki niemu dzisiaj możemy mówić o modzie w ogóle, stworzył on bowiem podwaliny krawiectwa dla mas.

      Moim zdaniem wpłwy Poireta na modę i kulturę wieku XX można porównać ztym, co zrobił dla świata sztuki Pablo Picasso.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      gutter_glitter2
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 kwietnia 2011 17:36
  • piątek, 15 kwietnia 2011
    • Daj mi wolność...

      ...czyli Liberty of London znów wspólpracuje z popularną marką. W zeszłym roku był MAC i specjalna linia kosmetyków kolorowych, w tym mamy coś bardziej na ulicę, czyli klasyczne buty Nike w kwiatowe wzory rodem z Londynu.

      Mamy więc najbardziej klasyczne buty Nike - Dunki, Blazery i Air Force 1. Tyle że w wersji typowo brytyjskiej, zabawnej i nieszablonowej.

      Pierwszy z pokazanych modeli to Tatum Print Blazer Mid Dunk, czyli mój ulubiony model. Najładniejszy, kolorystycznie najlepiej dopracowany i mega dziewczęcy. W angielskie różyczki. Wprost idealny na wiosenny spacer w Ogrodach Kew.

      Tom's Jets to klasyczne Dunki, buty dla fanów militarystyki w wydabniu dziecięcym. To hołd złożony brytyjskim lotnikom poległym w II wojnie światowej, a zarazem patern niezwykle popularny przy projektowaniu... chłopięcych piżam. W tym wypadku nie sposób się nie wyróżnić!

      Blazery w wydaniu a la lata 70. Wzór na butach przypomina mi babcine tapety i meblościankę ze Swarzędza. To buty przypominajace dzieciństwo we wczesnych latach 90. To wspomnienie oranżady w proszku, pierwszych Chupa Chupsów i ostatnich zakupów w Peweksie. Gdyby nie wiek, niezbyt przystający do Ników na co dzień, moja mama byłaby nimi zachwycona.

      Tapeta, niezapominajki i chryzantemy. To model Tatum w wersji niskiej. Tak samo udany jak ten wyśzy, ale bardziej na lato. To już nie Kew i wędrówki po żwirowych ścieżkach w otoczeniu azalii, tylko raczej walijskie szlaki w morzu turkusowej trawy!

      Dla mnie współpraca Nike z Liberty jest chyba najbardziej udaną od czasu połączenia sił twórczych projektantów Nike z... producentem świecowych kredek Crayola. Z tamtej kolekcji pochodzą moje ulubione dunki Back to School. Szkoda tylko, że to nie modele męskie, ale cóż... na upartego kupię sobie samolociki;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      gutter_glitter2
      Czas publikacji:
      piątek, 15 kwietnia 2011 20:36
    • Florenckie boho

      Po kilkunastu latach niebytu, po zatrudnieniu na stanowisku głównego projektanta Petera Dundasa, dom mody Pucci, mający długoletnią tradycję, znów przeżywa renesans. To bardzo dobra wiadomośc dla fanek unikalnych wzorów, które żona Emilio Pucciego, pierwszego projetanta i założyciela marki, nazywała pianą Botticelego. Jak dla mnie to w 100% oddaje wrażenie, jakie sprawiają kwietne, lekko przypominające morską pianę, wzory. Niby liście kwiatów paproci, tak i paterny na sukniach Pucciego rozkwitają w pierwszą noc lata.

      Dundas przenosi nas swą kolekcją na wiosnę i lato tego roku do Włoch - krainy wykwintu, sztuki i piękna. Nie ma tu epatowania jednorocznymi trendami, nie ma dziwnych, niesymetrycznych cięć czy modowych eksperymentów. Jest to, z czego Pucci był i jest znany - elegancja i klasyka rodem z lat 60. i 70. XX wieku, kiedy to dom mody przeżywał największy rozkwit.

      Po 20 latach bycia na modowym Olimpie, Pucci zostal uznany za nudnego, nie mogącego nic więcej zaoferować fashionistom. I tak trwałby aż do końcowego upadku. Ale... wiek XXI przyniósł odrodzenie. I do odrodzenie, renesans mody, widać w tej kolekcji.

      Mamy tu odniesienia do okresu triumfu marki - lat 60. i 70., kiedy to klientkami Emilia były Jackie O czy Sophia Loren. Stąd sukienki w stylu boho, długie, kolorowe i nieco cygańskie. Doskonałe na lato i na lata. O ponadczasowym kroju, z doskonałych szyfonów, bawełny i jedwabiu. W kolorach lapis lazuli, błękitu czy przydymionego granatu. To hołd złożony morzu, latu i Włochom. Nie ma tu bowiem barw ostrych, wszystko jest lekko przymglone, jak florenckie łąki są oświetlone przydymionym wiosennym słońcem.

      Garnitury są tu klasyczne, niemal męskie, bez zbednych ozdób i dodatków - za jedyne można uważać tylko apaszki, też oczywiście pokryte specyficznych paternem Pucciego. Kolory dominujace w modzie casualowej według Pucciego oscylują wokół żółci, musztard i pomarańczy. Dominuje zamsz, skóra, denim i sztruks. To też zabawa w lata 70. i znajdowanie odniesień. Ja widzę tu fascynację amerykańska kultura popularną - tak widoczną na przykład w serialach Dallas czy Aniołki Charliego. To też podążanie za kulturą Dzieci Kwiatów, ich stylem życia i fascynacją naturą.

      Propozycje plażowe nie epatują seksem - są stonowane, niemal kostyczne, choć z polotem. Kostiumy są asymetyczne, biżuteryjne, bardziej na cocktail party niz plażę, a jeśli już plażę, to bez wodnych uciech. To mój jedyny zarzut, ale łatwo go odeprzeć, odpowiadając na pytanie "kto normalny ubrałby do kąpieli w morzu kostium za 800$?" i odpowiedzią jest "nikt". Dlatego, mimo poczatkowych obaw, nie widzę nic niestosownego w tworzeniu ubrań niezbyt zdatnych do zwykłego użytku. Wszak moda w wydaniu Pucciego to sztuka.

      Na koniec propozycje na wieczore wyjscie na imprezę czy też na miasto. Sukienki bardziej nowoczesne, w kroju przywodzące na myśl koniec lat 80., poczatek lat 90. XX wieku, zaś w fakturach lekko zainspirowane jakby McQueenową Atlantydą. Widać, że Dundas odnalazł ją w projektach Lee i przełożył na swój własny język. Nie ma tu taniego kopiowania, jest twórcze czerpanie.

      Tak samo propozycja "na miasto" - marynarka i proste spodnie. Nic niezwykłego, a jednak potraktowane z pieprzem. Do tego chustka na czole i mamy już nawiązanie do lat 70. - Złotego Wieku Kobiecości.

      To kolekcja bardzo udana, na co dzień, dla wszytskich. Bardzo kobieca, prosta, a jednak z polotem. Nienachalna, a wyróżniająca się.

      Dundas pokazał, że można wyznaczac trendy, a nie tylko ślepo za nimi podążać. A pierwszy rząd zdaje się potwierdzać tę opinię - Anna Piaggi nie chodzi bowiem na wszystkie pokazy;) a już nie na wszytskich bije brawo.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      gutter_glitter2
      Czas publikacji:
      piątek, 15 kwietnia 2011 20:07